Cze
21
2012

O rodzinie w 60 minut (fragment)

W szpitalu

Spojrzałem na zegar, wiszący w poczekalni miejscowego szpitala. Właśnie minęła północ. Przywiozłem tu sąsiada. Miał wypadek — upadł dość nieszczęśliwie… Od ponad czterech godzin tkwię na plastikowym krześle, typowym dla wszystkich poczekalni świata, zaprojektowanym specjalnie tak, by dawać użytkownikowi możliwie największy dyskomfort. Od długotrwałego siedzenia boli mnie dosłownie wszystko.

Wstaję, by rozprostować zdrętwiałe nogi. Nieco chwiejnym krokiem kieruję się w stronę automatu z kawą, przy którym stoi młoda kobieta, tak na oko dwudziestopięcioletnia. Jest zdenerwowana. Próbuje wrzucać jakieś drobniaki do szczeliny automatu, lecz monety wypadają jej i rozbiegają się na wszystkie strony. Zbieram je szybko i proszę, żeby usiadła. Za chwilę wręczam jej parujący kubek z aromatycznym napojem, po czym biorę też kawę dla siebie.
Zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że jej ojciec jest poważnie chory. Lekarze twierdzą, że może nie przeżyć nocy. Siorbiemy gorącą kawę. Proszę ją, żeby opowiedziała mi coś więcej o swoim ojcu. Grzebie przez chwilę w torebce. Wyjmuje chusteczkę i ostrożnie osusza mokre oczy i policzki.

— Mama i tata to cudowni ludzie, naprawdę! W naszej rodzinie czułam się po prostu wspaniale! Ale jakoś nie umiałam tego docenić. Dopiero gdy poszłam do koledżu, poznałam różnych ludzi. Opowiadali, jak jest u nich w domach. Zrozumiałam wtedy, że jestem szczęściarą. To wcale nie znaczy, że w domu się nie sprzeczaliśmy! Kłóciliśmy się, i to często. Mam dwie siostry i brata. Jesteśmy bardzo różni. Ja na przykład jestem typem buntownika. Czasami niemal dochodziło do bijatyki. Ale to nic! Przede wszystkim uwielbialiśmy śmiać się razem i żartować. I wiedzieliśmy, że gdyby przyszło co do czego, gdyby ktoś znalazł się w potrzebie, każde z nas mogłoby liczyć jeden na drugiego.

— Z tego, co pani mówi, to tylko zazdrościć takiej rodziny

— odezwałem się. Pokiwała głową.

— Tata pochodził z biednego domu. Udało mu się zrobić karierę. Zaszedł wysoko. Jak się z mamą pobrali, przez parę dobrych lat tata pracował do upadłego. Właściwie nie wychodził z biura. Przez to ich małżeństwo omal się nie rozpadło. Potem się zmienił. Oczywiście, dalej ciężko pracował, ale już nie w ten sposób, jak dawniej. To znaczy, miał dla nas czas. Był zawsze, kiedy go potrzebowaliśmy. Pamiętam, że przychodził na moje przedstawienia w przedszkolu, potem w szkole. Leciał prosto z pracy i czasami się spóźniał. Wślizgiwał się po cichu gdzieś w ostatnie rzędy… Tak samo z zawodami brata. Tata starał się nie opuścić żadnego meczu. Chciał uczestniczyć we wszystkich ważnych dla nas wydarzeniach. Po tym kryzysie, jaki przeszli z mamą, widać było, że praca już nie jest dla niego najważniejsza.

— A mama? — zagadnąłem.

— Mama jest teraz przy nim. Cały czas.

— W takim razie proszę mi opowiedzieć o niej coś więcej.

— Rozmawialiśmy o jej rodzinie prawie do drugiej w nocy. Opowiadała mi o wakacjach, o świętach, o chwilach dobrych i złych, o konfliktach, które ostatecznie kończyły się łzami i przebaczeniem. Mówiła o rzeczach poważnych i o błahostkach, takich jak na przykład to, że kiedyś postanowili przez tydzień nosić imiona bohaterów Księgi dżungli.

— Tyle, że byliśmy już wtedy nastolatkami — mrugnęła porozumiewawczo. — Pamiętam, jak kiedyś wciągaliśmy na piętro jeden drugiego na linie. Moja siostra zaczepiła spodniami o gałąź i zawisła głową w dół. Wrzeszczała jak opętana. Razem robiliśmy różne głupoty, czasami niebezpieczne. Bywały też trudne chwile. W takich razach mama zwykła mawiać: „Oj, będzie co wspominać!”. — Głos jej się lekko załamał. Zamknęła oczy i przełknęła łzy.

— I rzeczywiście, macie co wspominać, prawda? — zapytałem.

— Jasne — uśmiechnęła się. — O takich rzeczach jak te mogłabym panu opowiadać do rana. Ale cóż, muszę już iść.

Zmienię mamę przy łóżku taty. Niech trochę odpocznie. Bardzo panu dziękuję za tę rozmowę. Nawet pan nie wie, jak mi to pomogło!

Wyszedłem ze szpitala dopiero po dziewiątej. Idąc w stronę samochodu, zobaczyłem na parkingu dwoje młodych ludzi, pewnie małżeństwo. Pieczołowicie, z wielką ostrożnością układali na tylnym siedzeniu auta zawiniątko, w którym niechybnie znajdowało się ich nowo narodzone dziecko. Z otwartego bagażnika wystawały bukiety kwiatów, przewiązane różnokolorowymi wstążkami.

— Gratulacje! Wszystkiego najlepszego! — zawołałem.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i pomachał mi ręką. Wsiadłem do auta i zapuściłem silnik. Po chwili zorientowałem
się, że myślami wciąż jestem przy tej młodej kobiecie, z którą rozmawiałem dobrych parę godzin.
Bardzo chciałem, żeby jej ojciec mógł jeszcze podzielić się doświadczeniem oraz lekcją, jaką nauczyło go życie,
z tym młodym małżeństwem, rozpoczynającym dopiero swą rodzinną przygodę. Nawet nie musiałem jakoś szczególnie mobilizować swej wyobraźni, by usłyszeć głos tego starszego, doświadczonego mężczyzny, który mówi młodym o tym, co dla rodziny najważniejsze: że wspólnie spędzonego czasu nie da się niczym zastąpić, jak uzdrawiającą moc ma śmiech i zabawa, że w kochającej się rodzinie finałem konfliktu zawsze będzie przebaczenie, i jak ważne jest tworzenie rodzinnej historii, która sprawia, że „jest co wspominać”!

Już dwadzieścia lat bez mała podróżuję po świecie, wysłuchując różnych ludzi, którzy opowiadają mi o swych  rodzinach. Od Moskwy po Melbourne, od Durbanu po Doncaster, moi rozmówcy dzielą się ze mną wspomnieniami. Jedni mówią, co sprawiło, że dostąpili rodzinnego szczęścia, inni zaś, co było przyczyną rozbicia ich rodzin i osobistych tragedii.

Niedawno moje dzieci założyły własne rodziny. Są na początku tej trudnej drogi. Jeżeli kiedyś zechcą, bym doradził
im w tej czy innej sprawie (przy czym kluczowym słowem jest tu „jeżeli”), to o czym mam im powiedzieć? Może o tym, co w życiu zrobiłbym inaczej, gdybym tylko mógł, bogatszy o wiedzę i doświadczenie tych wszystkich lat… Albo też o rzeczach, z których jedne wydają się sprawdzać w praktyce, a inne nie. Jakkolwiek, nie są to tylko i wyłącznie mądrości mojego żywota. Zawartość tej książki jest mozolnie zebranym plonem. Plon ten pochodzi z bezliku rozmów, jakie odbyłem z rodzinami z różnych zakątków świata, słuchając zwierzeń ludzi, którzy częstokroć wyznawali: „Ileż bym dał za to, żeby wiedzieć wówczas to wszystko, co wiem teraz!”.

Tak więc, nie mam pewności, czy moje dzieci zechcą w ogóle zajrzeć do tej książki. Rozumiem też, że nie każdy ma identyczną jak moja receptę na udane życie rodzinne. Niemniej jednak pozwólcie, że moje sugestie w tej kwestii zaprezentuję w formie dziesięciu „życiowych lekcji”, których przyswojenie pomoże nam i naszym rodzinom zaznać szczęścia i spełnienia.

Jak sugeruje tytuł, to „książka na sześćdziesiąt minut”, co znaczy, że jeżeli czytasz sprawnie, poradzisz sobie z nią w godzinę. Zaraz, zaraz! W godzinę? Czy w tekście, który da się przyswoić w niespełna 4 000 sekund, można znaleźć coś wartościowego? No cóż, coś na pewno się znajdzie… Wiem jedno: obojętne, ilu was w rodzinie jest i z kogo
się ona składa (ty, mama i tato, samotna matka, samotny ojciec, rodzice zastępczy, ktokolwiek), ta książka zawiera
w sobie potencjał, który jest w stanie naprawić i scementować relacje, a nawet uchronić rodzinę przed rozpadem. Znam ludzi, którzy zdołali ustrzec swe rodziny przed katastrofą po przeczytaniu i zastosowaniu w praktyce zaledwie jednego rozdziału!

Jeżeli należysz do grona tych, którzy wiodą szczęśliwe, satysfakcjonujące życie rodzinne, książka ta może sprawić, że stanie się ono jeszcze lepsze. Są jednak i tacy, których rodziny przechodzą bardzo trudne momenty. Jeżeli zaliczasz się do nich, posłuchaj uważnie: W mojej pracy z ludźmi naoglądałem się dość. Wystarczająco, żeby być realistą i nie mieć złudzeń. Na problemy w rodzinie nie ma prostych odpowiedzi i cudownych recept o natychmiastowym działaniu. Wierzę jednak, że znajdziesz tu coś stosownego do swej sytuacji — nawet jeżeli będzie to tylko odkrycie, że jakiegokolwiek problemu byś teraz nie doświadczał, nie jesteś w tym osamotniony.

Od czego więc zaczniemy? Zacznijmy od lekcji, którą w swoim czasie przerobił ojciec tej młodej kobiety ze szpitala. Jak pamiętamy, lekcja ta spowodowała w jego rodzinie zdecydowaną zmianę na lepsze. Może i wydaje się prosta, lecz ma zasadnicze znaczenie. Jeśli ją pominiesz bądź zlekceważysz, przekonasz się wkrótce, że wszelkie twoje wysiłki, by scementować sypiące się więzi rodzinne to po prostu daremny trud, nawet jeślibyś zaharował się na śmierć, pragnąc zabezpieczyć byt swym najbliższym. Skuteczność następnych lekcji zależy bowiem w dużej mierze od tego, jak poradzisz sobie z lekcją pierwszą.

fragment „O rodzinie w 60 minut” Rob Parsons, Katowice 2011

http://sklep.credo.org.pl/o-rodzinie-w-60-minut

Autor: Fundacja Credo, kategoria: Fragmenty |

Brak komentarzy

Komentowanie wyłączone.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu.


Działa na: WordPress. Skórka: TheBuckmaker, tłumaczenie: Skórki Wordpress